Ryb się nie wyrzeknę

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Wywiad dla jednej z lokalnych gazet przeprowadzony przez red. Marka Heyza z wędkarzem z Bydgoszczy.

Wywiad przeprowadzony w latach ’80. Jak wynika z rozmowy czasy to odległe, a problemy takie same. No może poza tym, że wody troszkę w lepszym stanie? … pod względem czystości. Polecam artykuł, całkiem realistyczne wypowiedzi wędkarza-weterana. Dzisiaj trudno spotkać nad wodą takich wędkarzy, mam duży szacunek dla ludzi pokroju pana Bronisława. (przypis autora strony)

 W Wilii królowała certa i brzana. A w jeziorach było zatrzęsienie płoci. Był też szczupak, brało się wiaderko z karaskami i – na szczupaka! Łapało się na to co dziś. Przede wszystkim na kartofle ugotowane w mundurkach. Dobierało się żółte – to jest proszę pana niezawodna przynęta. Białe są za kruche rozsypują się. Na kartofel weźmie każda ryba – płoć, leszcz, lin.
Ojciec miał łódkę na jeziorze. Łapałem dla niego kiełbiki i wypływaliśmy na wyspę na okonie. Nieraz ojciec mi pomagał, trzymał mnie bo by okoń z łódki wyciągnął, takie panie garbusy były – nawet do dwóch kilo. Ależ to radość ciągnąć takiego lorbasa! A ciągnęło się nie żyłką proszę pana, wędkę miałem z włosia końskiego. Trzy, cztery włosy – to był przypon: osiem, dziesięć – cała wędka. Kij – leszczyna, albo okorowana brzózka. Haczyk kupowaliśmy. Jak urwało i ojca akurat nie było, przysposobiło się agrafkę. Wtedy jednak – nieważne wziął okoń czy leszcz – trzeba było go wytaszczyć „balonem”, bo inaczej się odhaczył. Pyta pan co to znaczy „balonem”? Ot tak, wędką przez siebie do tyłu, od razu na łąkę frunął A żeby pan widział wtedy tarlisko leszcza! To tak, jak by kobita w balii prała – woda w jeziorze zbita, zdać się mogło, że gotuje się zatoka. TakByła ryba, bo jak rybak przyjechał do właściciela jeziora z siecią – dwa razy do roku odławiał – to najpierw właściciel wyszedł zobaczyć jaka gęsta jest sieć. Jeżeli dwa palce swobodnie nie właziły w oczko, to wypędził z tą siecią. Musiało być tak, żeby cały narybek z sieci wyszedł, jeśli nią zagarnąć. A dzisiaj pan nawet palca w sieci rybaka nie wsadzisz …. Gorzej – jak prądem łowią! Niech pan zobaczy, jak przepłyną, co za szczupaczki leżą w trzcinach – jak paluszki. Co oni tam opowiadają, że prąd paraliżuje tylko dużą rybę! Zresztą ja nie wiem, ale ludzie, którzy interesują się przyrodą mówią, że jeśli duża ryba jest dwa razy porażona prądem, bezpłodna się staje. Jaka więc nadzieja na przyszłość ? Czy z dużych ryb będą małe ? To barbarzyństwo gorsze od kłusownictwa, bo giną miliony …. A nam – jak kontrola wpada – rozdziera siatkę i szuka niewymiarowej rybki! Niech no tylko znajdą od razu kłusownikiem się stajesz.

MOJA NAJWIĘKSZA RYBA?Powiem panu szczerze: wędkarze lubią przesadzać, ryby im się dwoją i troją. Ja mówię prawdę. To był karp – osiemnaście kilo. Łapało się wtedy bez kołowrotka. Sznur był od plombów, wie pan taki szpagat owinięty mosiężnym drutem, hak jak na szczupaka i cała sadzonka kartofla. Godzinę się z tym karpiem siłowałem. Nie szło go zawrócić, zaciągnął mnie tak daleko, że po pachy byłem w wodzie. Jedną ręką trzymałem trzciny, a drugą kij. I tak się ważyliśmy – raz on na swoją stronę, raz ja go na swoją. Gdyby trzciny nie utrzymały, albo karp by mnie utopił, albo musiałbym puścić kij. Ale on się zmęczył, więc ja po trochu, po kawałeczku cofałem się do brzegu. A tam – kij na plecy i z karpiem, aż do kartofli, prosto na pole wyjechałem. Niosłem potem tego karpia, a za mną cała okoliczność, ludzie z tej wioseczki, Pasznia się nazywała. Nawet oni, co to niejedną rybę już widzieli, dziwili się, że taki duży. Łowiłem w jeziorach, ale najukochańsza była Wilia. Dwa metry głęboko, a widział pan piasek, tak czysta była. Dwa metry pan przejrzał wodę. Gdy po wojnie przyjechałem do Bydgoszczy, Brda była czysta jak Wilia. W jakim miejscu pan chciał, mógł się napić wody. Przy kamieniach widział pan muszelki, robaczki, raki. A co dzisiaj przy kamieniach widać? Gówno, za przeproszeniem. Brzana, leszcz, certa, owszem, są, ale śmierdzą Krąp ma aż żółto rudawy brzuch od smarów i wszystkiego świństwa w Brdzie. Niech pan da krąpia kotu – nie ruszy, powącha i ucieknie. Mówi pan, że teraz więcej ludności, większy przemysł mamy niż wtedy ? Przemysł przemysłem, ale proszę pana, jeśli się buduje zakład, trzeba przecież myśleć, jakie będą tego konsekwencje. Ileż plaż było nad Brdą, ludzie się kapali ...

W Brdyujściu trzymał się węgorz i sandacz. Co pan się dziwi ? I to jaki piękny sandacz! A węgorz – nockę się posiedziało i było osiem, dziesięć, dwanaście sztuk. Koło nóg pan raka złapał, na hak go i za chwilę dzwoneczek dzwoni albo kołowrotek – najwięcej przecież mieliśmy tych zwykłych z treszczotką. Treszczotka gra – ciągnij. Tak , było pole do popisu. A karpia jakie zatrzęsienie! Stanął pan na moście w Łęgnowie, to z góry pan widział jakie sztuki chodziły z karpnika do Brdy, z Brdy do karpnika – po piętnaście, dwadzieścia kilo każda, z końca w koniec. Niech pan dzisiaj postoi na tym moście. Co pan zobaczy ? Co najwyżej uklejkę. Leszcza ? Rzeczywiście, leszcz tam jest, ale śmierdziuch, kto go zje ? Leszcza łowiło się koło młynów na Jagielońskiej. Właziło się na tratwy, które tam stały i spomiędzy nich wyciągało dwu – trzykilowe – jak łopaty. A koło przystani Zawiszy jaka brzana, ile łososia było! Gdy rano pan poszedł, to pan widział, jak on chodził pod jaz i z powrotem, grzbiet cały miał na wierzchu. Było na co popatrzeć, długi jak stół. Ten co go mamy w klubie w gablocie, w centrum miasta, na Marcinkowskiego był złapany. Śluzowy nieraz wołał : popatrzcie jakie to rybki u mnie. Brzany do metra długości. Jak drągi ! Dziś wierzyć się nie chce, co tu było. Zapytaj pan starych bydgoszczan, zaświadczą, że nie zmyślam. Nigdy już nie wrócimy do tego stanu czystości wód, nigdy !!! Stanowczo za późno Tak, wykończyliśmy swoją przyrodę

Na ryby jeżdżę do Chmielnik , bo to blisko, dobre połączenie pociągiem. Kiedyś jeździłem Komarem, ale sprzedałem go, bo czasem człowiek zawrotów głowy dostaje, niebezpiecznie, w rowie już wylądowałem, lata nie te, siedemdziesiąt dwa Bronek Cyranowski już przeżył. Pamiętam, kiedyś jak się rano na jezioro w Chmielnikach wypływało, tu karp wyskoczył, tam wyskoczył, gdzie indziej leszcze grzbietem cięły wodę. A teraz ? Wypływasz jak na cmentarz : pusto, goło … Węgorza tam ładnego łapałem – do półtora kilo, w sam raz. Posiedziało się nockę i dwanaście sztuk było, niektóre grube jak butelka. Kiedy ? W czterdziestym ósmym … Kiedyś brało się parę kartofli do ręki i nałowiło ile trzeba. Dziś nostrzyku do parzenia dodają, farbki do kolorowania kaszki – cuda wyrabiają. Sam próbowałem czosnkiem przyprawiać, ale wierz pan, jak ryba nie bierze to choćbyś nie wiadomo jakie delicje jej podsuwał, nie ruszy ... Są dni, że ryba nawet nie puknie. Stanę łódką na metrze głębokości, na dwóch, ośmiu – co nic to nic. Dwa razy w tym roku odławiali tam sieciami, więc co nam, wędkarzom pozostaje ? Pyta pan o podwójne dno w Chmielnikach ? Też słyszałem, to bujda, niech pan nie wierzy, ludzie różne rzeczy klepią. Na dnie jest tylko kupa mułu
Żona ? Przyzwyczaiła się. Na ryby to przecież lepiej niż do knajpy, czy w karty rżnąć. Ja tam mam spokój, nie denerwuję się, krzywdy nikomu nie robię. A zresztą ja mam to wrodzone, po ojcu, też był z niego zapaleniec. Gdy żeniłem się, powiedziałem: ryb się nie wyrzeknę. Przyznam się panu jednak, że zaczynam się już denerwować. Teraz już najwyżej wytrzymam dziesięć, dwanaście godzin na wodzie bez żadnego brania. Moje największe wytrwanie na rybach to było osiemnaście godzin, to moja najdłuższa cierpliwość. Mówiłem do siebie: rano nie bierze – będzie po południu, w południe nie brało, więc pewnie pod wieczór. Siedział człowiek dopóki spławik było widać, ale spławik ani drgnął. Żona potem powiedziała: ty już chyba ćwieka dostałeś. Wie pan, przypomniało mi się jak to nad Wisłą koło szpitala psychiatrycznego siedział pewien wędkarz. Za płotem wciąż ktoś łaził, pewnie chory. W południe zapytał : jak długo siedzisz, ile złowiłeś ? Tyle godzin i nic ? – się zdziwił. To chodź do nas – zaproponował. Uznał, że to swój człowiek

Ja nie mogę, proszę pana pogodzić się z tym losem, że zamiast ryb mamy brud i smród. Do Chmielnik jeżdżę nawet nie z przyzwyczajenia, a z musu, bo nie ma gdzie czasu zabić. Swoje miejsce tam zorganizować, rybę podfutrować ? Można by, ale jak pana podpatrzą, że parę rybek pan wyciągnąłeś, to już dwie, trzy łódki od razu stoją ...Raz, było to w niedzielę czy w sobotę policzyłem: sześćdziesiąt dwie łódki!!! Nie było nawet gdzie swojej zakotwiczyć, tylu męczenników. A jak w dodatku rano z pociągu ta szarańcza się wysypie, ci wczasowicze, jak zaczną rowerami wodnymi, łodziami pływać – nie masz pan spokoju. Wjedzie taki panu na wędki, wiosłami żyłkę zaplącze. Kiedyś już nie wytrzymałem: - O żesz ty chamie zbuntowany! – krzyknąłem, bo już mi słów zabrakło. A on na to: Czy to pańska woda?

Tak …Chmielniki to jałowe jezioro i dzicz na nim. Tam jest strasznie. O działkowiczach, którzy kłusują już nawet nie wspomnę. Pytasz pan, co robię jutro? Skoro świt jadę do Chmielnik. O, zobacz pan, futer już przygotowany: śrutowana pszenica, płatki, chleb moczony  .......

 


Tekst i zdjęcie na podstawie artykułu red. M. Heyza    

Z archiwum wygrzebał "Zdzichu"

 

 

 

 

 

Czytany 8284 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 26 październik 2014 20:32
sobota, 22 luty 2014 23:40 Napisał  In Rozmaitości Tags
Zaloguj się, by skomentować