Wędka samoróbka

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

Jest to wspomnienie z wiosennej eskapady na pstrąga. Ostatnia sobota marca, trzeci wyjazd w tym miesiącu na kropka. Lekko zniechęcony dwoma poprzednimi wyprawami, bez emocji przygotowuję się do wyjazdu. Rzut oka na zawartość plecaka, wieczorny telefon do kolegi, jesteśmy umówieni więc spokojnie mogę iść spać.

Niestety, jak przed każdym wypadem na rybki mam problem z zaśnięciem. Czy tylko ja tak mam ??? Już widziałem cel naszej podróży - moją, a raczej naszą rzeczkę, te dołki, zakola czy rwący nurt pod stopami, a za chwilę przechodzący w spokojny przepływ. Nie wiem właściwie czy to były nocne rozmyślania czy sen bo nagle to wszystko przerwała moja ulubiona melodia z budzika. Chociaż niewyspany, bez chwili wahania wyrwałem z łóżka (ciekawe dlaczego tak chętnie nie wstaję codziennie rano do pracy?). Na całkowite przebudzenie mała czarna, zabieram plecak, kanapki, termos i ruszam, po drodze wstępując po Jurka. Po godzinnej podróży jesteśmy nad wodą. Kolega montuje zestaw, zabieram się więc i ja i ...... okazało się, że nie zabrałem wędki !!! Załamka była chwilowa, lubię majsterkować, na pewno coś wymyślę. Po jakimś czasie znajduję rosnącą nieopodal leszczynę, wybieram możliwie najdłuższy i w miarę prosty odcinek, niestety tylko 1,5 metra. W bagażniku znajduję izolowany drut, z którego robię przelotki, szczytową mam w pudełku, taśma izolacyjna, szczypce i do roboty. Po 30 minutach i drobnej kosmetyce mam gotowe wędzisko. Pierwsze rzuty makabra. Z czasem nabieram wprawy i wyczuwam "akcję wędki". Po dwóch godzinach odczuwam ból w nadgarstku, lecz chęć złowienia upragnionej ryby pozwala mi o tym zapomnieć. Dalekie rzuty są niemożliwe więc za każdym razem pozwalam przynęcie spłynąć z prądem 15-20 metrów. Czynię tak raz, drugi, trzeci i kolejny. W następnym spływie przynęty poczułem lekkie puknięcie, a może to zaczep? Dla pewności puszczam zestaw jeszcze raz i to samo. Zmieniłem woblerka na gumkę - imitację żabki, znowu uderzenie tym razem mocniejsze i witka zaczęła pulsować. Hamulec przy tym sprzęcie popuszczony na maksa, pozwalam rybie wyciągnąć jeszcze kilka metrów żyłki i zacząłem go delikatnie dokręcać. Jeszcze kilka zrywów ryby i ląduję ją na brzegu. Pstrąg nie był rekordowy, mierzył 37 cm, ale dla mnie był wyjątkowy ze względu na sposób, a właściwie na sprzęt na jaki został złowiony. To wszystko z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem obserwował Jurek ...