Dzień pstrąga

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Poniższa opowieść jest relacją - wspomnieniem  jednej z wielu wypraw na pstrąga z czasów kiedy zaczynałem „pstrągowanie”. Wtedy moim nauczycielem był - a może jest do dzisiaj? - kolega Jurek –  http://esoxfish.jimdo.com/. Opisuję to dokładnie bo pamiętam ten dzień, takich wrażeń się nie zapomina.

Z miny Jurka można było wyczuć niezadowolenie, rezygnację czy wręcz zwątpienie. Wcale się nie dziwiłem, aura nie napawała optymizmem, było pochmurno, dość chłodno i siąpił nieprzyjemny deszcz. Na pocieszenie powiedziałem, że to wymarzona pogoda na pstrąga. Właściwie mieliśmy jechać w inne miejsce, ale tym razem ja zdecydowałem o wyborze łowiska. Jak się później okazało był to trafny wybór. Na początek zakładam mojego ulubionego wobka, wiem, że w tym miejscu nie ma zaczepów więc mogę być spokojny o przynętę. Kiedy ja już biczuję wodę, kątem oka widzę kolegę jak bez pośpiechu i wiary w sukces jeszcze montuje zestaw. Idę dalej. Po przejściu kilkudziesięciu metrów zauważyłem rozrośnięte drzewo zanurzone w wodzie o rozłożystych gałęziach niczym wierzba z rodzaju płaczących. Spróbuję tu, pomyślałem. Zanim to uczyniłem z nurtu wywaliło się „wielkie coś” tuż pod wspomnianym drzewem. Nieco wystraszony i chwilowo zahipnotyzowany spojrzałem na wodę falującą jak po przejściu co najmniej małej barki.

 

 

Nieświadomy niebezpieczeństwa i jeszcze podniecony wszedłem do wody (dobrze, że miałem wodery) i jakimś cudem udało mi się rzucić pod zwisające gałęzie. Był to prawdopodobnie najcelniejszy rzut w dotychczasowej karierze wędkarskiej. Poczułem gwałtowne uderzenie, kij wygiął się w pałąk, a potem szalone odjazdy ryby, powroty i salta nad wodą. W duszy modliłem się żeby jej nie stracić. Wiedziałem, mam do czynienia z godnym przeciwnikiem, a w takich chwilach należy zachować zimną krew i nie dać ponieść się emocjom. I to mi się udało. Jeszcze kilka zrywów zszokowanej ryby, kilka salt nad wodą (piękny widok) i po ok.10 minutach okazały kropek ląduje na brzegu. Może nie był to rekordowy okaz, jednak dla mnie niezapomniane spotkanie z rodzajem salmo trutta.

Jurek jak zwykle nie poddawał się i łowił dalej, ja miałem już dość emocji i tylko koledze kibicowałem. Rzucał, kombinował (jak to Jurek) i to chyba dało efekty. Po kolejnym rzucie wędka wygięta do granic wytrzymałości i historia się powtarza - odjazdy, młynki, wyskoki. Chciałem powiedzieć – spokojnie, daj mu się wyszaleć. Wstrzymałem się, co ja będę uczyć „starego” wędkarza. Zresztą, patrząc z boku to wszystko wygląda inaczej, jakby łatwiej, chociaż emocje nie mniejsze. Prosił bym poszedł w górę rzeki, w kierunku gdzie podążał pstrąg, a on jakby posłusznie, wymęczony podpłynął do brzegu. Uchwyciłem zdobycz oburącz i wręczyłem jego pogromcy. Tak zdziwionych ludzi jak my w tym momencie chyba nie widzieliście. Byliśmy oczarowani widokiem dwóch pięknych „okazów”.

 

Dla takich chwil warto uganiać się nawet latami, aby takie chwile przeżyć. Mimo niepowodzeń dalej będę pokonywać te bliższe i te dalsze trasy, odwiedzać rzeki, rzeczki czy ciurki bo w takich chwilach właśnie cały urok wędkarstwa. Mam nadzieję, że Jurek będzie nadal kompanem podczas tych podróży. Ilekroć oglądam fotki z tamtych lat, przypomina mi się ten dzień - Dzień Pstrąga.

Czytany 8679 razy Ostatnio zmieniany środa, 28 styczeń 2015 20:26
środa, 01 styczeń 2014 07:58 Napisał  In Moje Wędkowanie Tags
Zaloguj się, by skomentować