Pierwsza (nie ostatnia) wyprawa morska

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

Wędkarstwo morskie stało się właściwie normalnością. Dzisiaj wystarczy jeden telefon i już za dwa, trzy dni możemy stanąć na pokładzie wymarzonego kutra, gotowi do złowienia rekordowego okazu morskiej ryby. Jeszcze kilkanaście lat temu, dla nas (a, przynajmniej dla mnie) lądowych łowców było to marzeniem nie do spełnienia. Wówczas, dzisiejsze jednostki służyły wyłącznie do połowów sieciowych, a wędkarstwo morskie było daleko za naszymi granicami.

 W końcu i my, członkowie Towarzystwa zdecydowaliśmy wybrać się na morską eskapadę. Chętnych nie brakowało i w zasadzie całą załogę kutra o jubilerskiej nazwie „Bursztyn” tworzył nasz zespół. Nie będę opisywał szczegółów wyprawy, aby nie przynudzać. Większość z nas wypływała po raz pierwszy więc zapewne musieliśmy „zapłacić frycowe”, dlatego może okazów nie było. Na kolejnej wyprawie będzie lepiej … A tak poważnie – nie trafiliśmy na pogodę, dzień/dwa przed wypłynięciem pogoda się załamała, do tego deszcz i wzmagający się wiatr wpłynął zapewne na wyniki, a szyper naprawdę się „namanewrował” . Nieco przed czasem musieliśmy zwijać żagle i wracać do portu. Pomimo tych niepowodzeń wyprawę uważam za udaną, o czym świadczą (tuż po zejściu na ląd) wypowiedzi uczestników. Padły propozycje już kolejnego wyjazdu na wiosnę …, w każdym razie ja też się na nią piszę.

Na koniec jeszcze muszę wspomnieć o organizatorze wyprawy. Jest to firma załatwiająca wszelkie formalności związane z wyjazdem na morskie wędkowanie. Z całą odpowiedzialnością polecam tę firmę http://dorsze-wyprawy.pl/ . Tak więc podziękowania dla p. Huberta i jego kolegi za organizację i … wyrozumiałość.

 

Autor: M.Ch. (Zdzichu)